Szczepienia - nie zawsze możesz zaufać lekarzowi. O tym jak po szczepieniu moje dziecko trafiło do szpitala.

11/07/2017


Długo zastanawiałam się, czy ten temat w ogóle poruszać. Powodów jest mnóstwo. Bałam się hejtu, że jak to „idealna” mama nie dopilnowała takiej istotnej kwestii? Przecież rodzic powinien wiedzieć takie rzeczy. Bałam się też, że tekst zostanie źle odebrany – jako apel do nieszczepienia. A poza tym pomimo doczytywania o szczepieniach jest to na tyle obszerny temat, że wciąż mam obawy przed wypowiadaniem się o czymś, o czym nie do końca mam pojęcie. No i szczepienie jest już tak „wałkowane” na blogach, czy grupach dla mam, że uznałam, że zrobi się to wręcz nudne.

Co w takim razie nakłoniło mnie, by tekst jednak powstał? Obserwuję jak wiele mam ma wątpliwości, czy szczepić. Ich rozterki dotyczą także częstości występowania NOPów. I ciągle wiele rodziców nie wie, jak ważne jest odpowiednie przygotowanie do szczepienia. Ja tego nie wiedziałam. Zaufałam w 100% lekarce. I to był błąd. Dlatego zgodnie z powiedzeniem „mądry Polak po szkodzie” chcę podzielić się z Wami moim doświadczeniem tak, by Was taka sytuacja ominęła.


W kwestii szczepień byłam ignorantką, zatem wybrałam wariant asekuracyjny

O wielu tematach czytałam. Mogę doradzać w kwestii karmienia piersią, rozszerzania diety, pielęgnacji niemowlaka, wspierania rozwoju. A temat szczepień kompletnie zignorowałam. Dlaczego? Czułam, że ile, bym nie przeczytała to i tak nie będzie to na tyle rozległa wiedza, bym zawzięcie broniła ciała Ali przed igłami i tłumaczyła lekarzom, dlaczego kolejny raz odwlekam jakiekolwiek szczepienie. Wiedziałam też, że nie popadnę w skrajność szczepiąc na rotawirusy, pneumokoki i inne szczepienia, które nie dają odporności na wszystkie odmiany danej choroby. Pamiętam, że gdy ok. 10 lat (może więcej) temu panowała świńska (czy tam ptasia) grypa to moje koleżanki się szczepiły na nią. Mój wujek (ratownik medyczny) sam przyznał, że to bezsensowne, bo dana szczepionka nie chroni przed wszystkimi odmianami choroby. Wiedziałam także, że nie skorzystam ze szczepionek skojarzonych. Nie ze względu na pustki w portfelu, ale dlatego, że po takich szczepionkach, jeśli w miejscu ukłucia dojdzie do zmian to nie jest wiadomo, która szczepionka zaszkodziła dziecku (informacja przekazana przez pielęgniarkę i młodą mamę, prowadzącą zajęcia w szkole policealnej, do której chodziłam).

Nasz kalendarz szczepień (prawie) od początku był mocno indywidualny

Poza pierwszymi dwoma szczepieniami (jednym w szpitalu i drugim, przypadającym na 6-8tydzień życia) każde kolejne szczepienie odbywało się z opóźnieniem. Nie dlatego, że to ja panikowałam, albo w międzyczasie naczytałam się o szkodliwości szczepień i próbowałam przeciągać szczepienia tak długo jak tylko się dało. Pierwsze nasze opóźnienie było spowodowane przeprowadzką do innego miasta, a tym samym zmianą przychodni. Pomimo szybkiego zapisania córki do przychodni i zgłoszenia wypisu z poprzedniej karta szczepień szła do nowej przychodni ponad miesiąc! (Przed wyjazdem nie chciano nam dać karty twierdząc, że mogą przesłać tylko na prośbę nowej przychodni). Kolejne szczepienia opóźniałam, bo Ala często była przeziębiona. Tak też było ze szczepieniem na MMR (czyli tym, którego tak wielu rodziców się boi). Zgodnie z wiekiem Ali powinno nastąpić w marcu/kwietniu tego roku. Był to czas, gdy Ala zaczęła przygodę ze żłobkiem, a co za tym idzie przeziębienia zdarzały się jeszcze częściej, a do tego dochodziły też „większe” choroby jak np. zapalenie oskrzeli. I wreszcie w czerwcu odebrałam telefon. Dzwoniła pielęgniarka z przychodni pytając, kiedy wreszcie przyjdę z córką na szczepienie. To nic, że mogła przejrzeć kartę córki, by stwierdzić, że nie łatwo w jej chorobach było znaleźć co najmniej 2-tygodniową lukę, gdy była zdrowa. Powiedziałam, że Ala ma aktualnie katar. Odpowiedziała, że to nieważne. Że nawet jeśli ma katar to niech przyjdzie na wizytę, pani doktor ją obejrzy i zadecyduje. W tym jakimi dokładnie słowami mówiła brzmiało jakby uznała mnie za matkę, która nie chce już nigdy zaszczepić dziecka i wymiguje się katarem. Nie chciałam mieć problemów. Nie chciałam być uznana za wyrodną matkę co to ignoruje zdrowie własnego dziecka i nie stawia się na OBOWIĄZKOWE szczepienie. Zatem umówiliśmy się na konkretny dzień niedługo później (katar Ali dalej trwał).

„Szczepimy. Katar nie jest przeciwwskazaniem do szczepienia. Tylko przy gorączce nie można szczepić”.

Tak zadecydowała pediatra. Bo przecież, jeśli będziemy brać pod uwagę katar to nigdy jej nie zaszczepimy. Bo ten katar to MOŻE być alergiczny. Samo badanie trwało może ze 2 minuty – osłuchanie, zajrzenie do gardła. Standard. Stwierdziła, że nie widzi u Ali jakiejkolwiek choroby, gardło czyste, z osłuchiwania też wynika, że jest zdrowa. Szczepimy. Bo tylko gorączka jest przeciwwskazaniem.

A ja? Kojarzyłam, że dziecko po chorobie powinno odczekać ze szczepieniem 2 tygodnie. Jak jest z katarem nie do końca wiedziałam. Wydawało mi się, że lepiej wówczas nie szczepić, ale... to była moja intuicja i moja wiedza, a jak już sama wcześniej przyznałam – o szczepieniach wiedzę miałam niewielką. I skoro lekarz po wielu latach studiów, specjalizacji i praktyce w zawodzie coś Ci mówi to mu wierzysz. Zawsze ufałam lekarzom. Nie ufałam pediatrom odnośnie rozszerzania diety i karmienia piersią, bo tłumaczyłam sobie, że to nie jest stricte ich dziedzina. Dlatego puszczałam mimo uszu pytania, czy 6-miesięczna Ala je już zupki, owocki i kaszkę jak to lekarka pytała na bilansie. Ale w kwestii zdrowia, leczenia, szczepień uznałam, że kto ma być autorytetem jak nie LEKARZ PEDIATRA. Wujek Google? Inne matki? Dziadkowie? No chyba wiadomo, że lekarz, prawda?

Wysoka gorączka, drgawki, fiksacja wzroku – kilka dni w szpitalu po szczepieniu

2 dni po szczepieniu Ala zmagała się w dzień z gorączką. Nie jakąś bardzo wysoką. Zasnęła tak jak zwykle ok. 20. Godzinę później zaczęła majaczyć, a gdy podeszliśmy do jej łóżeczka zobaczyliśmy, że ma drgawki podobne do tych padaczkowych (mój partner zna osobę z epilepsją i widział takie ataki). Wzięłam ją na ręce. Nie reagowała, miała wzrok skierowany ku górze, przelewała mi się w rękach. Gdy mój partner dzwonił po karetkę zwymiotowała tak, że miałam wrażenie, że nic już jej w tym ciałku nie zostało. Wyglądało to przerażająco. I okazało się na tyle poważne, że ratownicy zdecydowali zabrać ją do szpitala. A tam zostawić na oddziale.



Nikt nie potwierdził, że to był NOP, ale też nikt nie zaprzeczył

Ala spędziła w szpitalu kilka dni. Została przebadana przez neurologa (ze względu na drgawki) jak i okulistę (ze względu na fiksację wzroku). Jednoznacznej odpowiedzi, co się stało nie dostaliśmy. Dowiedzieliśmy się tyle, że ma JAKĄŚ infekcję i że wszystko jest w porządku pod względem ewentualnej epilepsji (czyli że jej nie ma). To wówczas było dla nas najważniejsze – dowiedzenie się, czy Ala jest zdrowa. I chociaż wspominaliśmy, że niedawno została zaszczepiona i to w trakcie kataru to odnosiłam wrażenie, że cały personel reagował na słowo „szczepienie” alergicznie. Tego słowa się nie wypowiada, mamy dość słuchania o matkach wierzących, że wszystkie krzywdy świata wywołuje szczepionka.

A ja? Nie drążyłam wtedy. Brakowało mi wiedzy, myślałam tylko o tym, by to się dobrze skończyło. Wyszłyśmy z Alą do domu. Nie ma żadnych konsekwencji po tamtej „przygodzie”. Jest zdrowym dzieckiem. Jednak ja zaczęłam czytać, opowiadać o tym i coraz bardziej wierzyć, że to był NOP. Pewności nie mam i nie dostanę już od nikogo (chyba). Żałuję, że wtedy nie dopytywałam lekarzy bardziej. Że nie zgłosiłam w przychodni NOPu. Ale wiecie jak to jest – pierwsze dziecko, nie wiesz wszystkiego, nie wiesz, co Ci się kiedyś może przydać. I nawet nie wiedziałam, że NOPy się zgłasza...

Nie wiem, czy to był NOP, ale być może mogłam tego uniknąć

Ostatecznie Ali nie przydarzyło się nic poważnego. Ale... gorączka, drgawki, nasz strach w oczekiwaniu na karetkę, a później na diagnozy lekarzy – możliwe, że dało się tego uniknąć. Gdybym tylko miała tę wiedzę, którą mam dzisiaj, albo gdybym szczepiła w innej przychodni. Bo tak – można mnie krytykować, że nie wiem takich oczywistych rzeczy jak to, że nie szczepi się dziecka w trakcie kataru. Ale jak nazwać lekarkę, która tego nie wie/nie chce wiedzieć? Czy liczyła, że nic się nie wydarzy? Czy może naprawdę jest przekonana, że katar to nic takiego?

Wcześniej myślałam, że w takich kwestiach można zaufać lekarzom. Kto jak nie oni ma się najlepiej znać na szczepieniach? W Internecie wiele osób narzeka, że matki bardziej wierzą google'owi lub innym matkom. Że próbują wywierać wpływ na decyzję lekarzy, bo same wiedzą, co jest ich dziecku. A co ja mam powiedzieć w takiej sytuacji? Myślałam, że to lekarz wie lepiej niż ja nt szczepień. A okazało się, że będąc rodzicem nie możesz być ignorantem w żadnej dziedzinie. Nawet kompletnie Ci obcej.

Od tamtego szczepienia kolejnych szczepień nie było, ale... będą

Możecie mi się dziwić, ale ciągle nie wiem na tyle dużo, by świadomie zrezygnować ze szczepień. Może gdyby Ala przystąpiła do szczepienia całkowicie zdrowa i wystąpiłby NOP byłoby inaczej. Teraz wiem, że gdyby nie katar mogłoby tego wszystkiego nie być. Dlatego wiem, że dalej będę ją szczepić. Po części tak, jak do tej pory, po części inaczej:

  • Dalej tylko na to co jest obowiązkowe.
  • Będę szczepić tylko zachowując minimum 2-tygodniowy odstęp między dniem ostatnich objawów choroby/przeziębienia Ali – stąd kolejnego szczepienia nie było. Powinno być we wrześniu, ale Ala znów często choruje (było np. zapalenie gardła, raz była na antybiotyku).
  • Przed szczepieniem przeczytam wszystko, co jest dostępne nt tego szczepienia, jak i składu szczepionki.
  • Dopilnuję, by badanie lekarskie to nie było tylko pobieżne osłuchanie.
Ten wpis nie ma zachęcić do nie szczepienia

Chcę, byście mnie dobrze zrozumieli. Nie chcę wpływać na wasze decyzję odnośnie szczepienia/nie szczepienia. Ma pokazać jak ważne jest odpowiednie przygotowanie do szczepienia, dopilnowanie, by dziecko przystąpiło do szczepienia zdrowe (i upewnienie się o tym za pomocą badań krwi, a nie tylko osłuchania). Ma pokazać, że nie zawsze możemy ślepo ufać służbie zdrowia.


Mimo, że dalej będę szczepić Alę (ale rozsądnie) to nie dziwię się już rodzicom nieszczepiącym. Nawet jeśli ktoś nie wierzy, że autyzm wywołują szczepionki, czy nawet „tylko” go uaktywniają to dla rodziców pozostawionych z chorobą dziecka samemu sobie nie robi różnicy, czy lekarze potwierdzają wpływ szczepienia na zachorowanie dziecka. Nawet jeśli to „tylko” zbieg okoliczności to nie ma się co dziwić, że jeśli ktoś spotkał takie dziecko to BOI się zaszczepić swoje.


Ten wpis nie ma też na celu pokazać zwolennikom szczepienia, że NOPy przydarzają się tylko wówczas, gdy nie dopilnuje się, by dziecko szczepione było zdrowe. Nasza historia jest taka, ale NOPy przydarzają się też u zdrowych dzieci. A poza tym - ilu lekarzy dba o to, by upewnić się, że dziecko jest zdrowe? Jakie badania wykonuje w tym celu? 


Jak wyglądają u Was szczepienia? Czy przed każdym robicie dziecku morfologię i crp? Czy Wasi lekarze dbają o zachowanie odstępu między chorobą dziecka a szczepieniem?


Jeśli chcesz być na bieżąco z moimi nowymi wpisami to zapraszam do polubienia mnie na Facebooku - klik lub do obserwowania mojego konta na Instagramie - klik.

You Might Also Like

5 komentarze

  1. U nas na szczęście nigdy nic się nie działo.
    Dużo zdrówka!

    OdpowiedzUsuń
  2. szczepienia to ciężki temat, my właśnie nie poszliśmy osttanio na szczepienie z powodu kataru...

    OdpowiedzUsuń
  3. U nas na szczęście nigdy nic się nie działo po szczepieniach, ale wierzę, że skrajne sytuacje moga zniechęcić do szczepień ;(

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczepienie osłabia dziecko, dlatego ja nie przychodziłam na szczepienia jeśli dzieci były nawet z katarem lub tuż po. A to dlatego, ze pierwszy syn mocno reagował spadkiem odporności: od razu był katar i kilka dni później nawet zapalenie oskrzeli. Wtedy nie mówiono o NOP, więc nic nie zgłaszałam. Może źle? Nie wiem dziś.

    OdpowiedzUsuń
  5. Sama zauważyłam niejednokrotnie, że lekarze strasznie olewająco podchodzę do leczenia swoich pacjentów a tych malutkich to już w ogóle. Sama jestem na kierunku medycznym to wiem, że nie można nawet z katarem szczepić dziecka bo może coś jemu się stać. Gdyby lekarz mi kazał szczepić to nigdy bym na to nie pozwoliła. Ale nie musisz się martwić nie każdy musi wiedzieć o takich rzeczach i pewnie gdybym nie była na tym kierunku to też bym nic nie wiedziała :). Pozdrawiam i zapraszam

    OdpowiedzUsuń