Współczesne osiedla - tu ciągle słychać dziecięcy gwar

8/22/2017


Ostatnio natrafiłam na wpis u Matka w pigułce odnośnie współczesnych osiedli. Nie powiem – zainteresował mnie. I wiem, że sporo w nim racji. Wiem, że w dzisiejszych czasach lubimy zamykać się w nowoczesnych osiedlach z płotem, bramą wjazdową ze szlabanem, wydzielonym miejscem na zabawę, parkingi (to drugie zajmuje znacznie większą część osiedla), z tabliczkami zakazów i nakazów. Ale... Ja to już chyba tak mam, że jestem przewrotna. Że spotykam się z innymi doświadczeniami niż ogół społeczeństwa. Tak było w przypadku szpitali, na które wielu narzeka, a ja napisałam prawie pochwalny wpis. I tak też trochę czuję odnośnie osiedli. Może uznacie, że mam za małe doświadczenie. Wszak mieszkałam „tylko” w 3 miastach i tylko na 4 osiedlach. Tzn. na 3 „blokowiskach”, bo obecnie mieszkamy w okolicy domków jednorodzinnych. Wiem, że moje spojrzenie na bloki nie wyczerpuje tematu, ale po prostu – pokazuje, że i w dzisiejszych czasach podwórka tętnią życiem, słychać na nich śmiech dzieci, świst kopniętej piłki i zgrzyt kredy.

Jakiś czas temu na Instagramie zorganizowałam akcję #wlecieniesiedzimywdomu. Przez 10 dni publikowałam zdjęcia, których motywem przewodnim było spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Razem z uczestniczkami akcji pokazałyśmy, że współcześnie dzieci spędzają sporo czasu na podwórku. I tak właśnie ja to widzę – dzieci, bawiące się na ogrodzie, wychodzące na place zabaw, czy jeżdżące na wycieczki. I oczywiście tablety, telewizory, Internet – to też często wkracza w ich życie, ale o tym za chwilę. Najpierw zacznijmy od tego, co ja pamiętam ze swojego dzieciństwa.

Jak wyglądało dzieciństwo 20 lat temu?

Jako, że nazwa bloga wskazuje na młodą mamę to moje dzieciństwo przypadło na lata 90-te. Nie są to już zatem czasy, kiedy dzieci bawiły się na podwórku od rana do wieczora, bo zabawa z rówieśnikami była dla nich jedyną/największą atrakcją. Moi rodzice nie mieli wielu zabawek, z cegłówki potrafili stworzyć czołg i mieli zabawę na kilka godzin. Ja gdy wychodziłam na podwórko zabierałam zestaw plastikowych naczyń, jeśli planowaliśmy pobawić się w dom. Był też plac zabaw, chociaż może nie tak bajerancki jak te obecne – piaskownica, huśtawki „koniki” i zjeżdżalnia. To wystarczyło. Zresztą do podchodów, gry w klasy, czy zabawy w sklep nie potrzeba wiele. Moje dzieciństwo było też czasem, gdy nie mieliśmy komórek, więc do koleżanek się nie dzwoniło. Szybciej niż dzwonić na stacjonarny było wyjść na podwórko i sprawdzić, kto jest. Na początku podstawówki pojawił się w moim domu komputer a wraz z nim pierwsze gry. Kilka lat później dołączył do tego Internet. I mimo, że Simsy kusiły to czasu starczało i na komputer i na kopanie piłki. Chociaż wiecie, jeśli myślicie, że tylko współczesnym dorosłym przeszkadzają grające dzieci pod oknami to nieee, rozczaruje Was – też zdarzali się sąsiedzi, którzy sami sobie wydawali zakazy w stylu „zakaz grania w piłkę pod oknami”. Tylko jakoś nikt nic sobie z tego nie robił... Tak jak i z obecnych nakazów sprzątania po swoich pupilach.

To pełne gwaru osiedle nagle opustoszało!

Mniej więcej w czasach mojej nauki w liceum zorientowałam się, że na podwórku zrobiło się ciszej i puściej. „No tak, dzisiaj dzieci wolą grać na telefonie zamiast wyjść na podwórko” - oczywisty wniosek się nasunął. Jednak potem zaczęłam o tym myśleć i zorientowałam się, że powód był inny. Osiedle moich rodziców zostało oddane do użytku w tym samym roku, w którym wzięli ślub. Do mieszkań wprowadziły się głównie młode małżeństwa z małymi dziećmi lub z pociechami dopiero w planach. Dlatego, gdy ja byłam dzieckiem było dużo rówieśników. A później na kilka lat na osiedlu zrobiła się pustka, bo mieszkali głównie dorośli i prawie-dorośli. Jednak sporo mieszkań zmieniło właścicieli i obecnie znów dużo jest tam dzieci. I to nie tylko pozamykanych w domu przed szklanym ekranem. Gdy przyjeżdżam do domu ciągle widać z okien bawiące się dzieci, słychać jak przejeżdżają po chodnikach na hulajnodze czy rowerze. Dzieci nadal lubią bawić się na podwórku – taki fenomen. A dorośli? Czy coś im przeszkadza? Ja nie słyszę narzekań, ale być może za rzadko się tam pojawiam.



Ludzie w dużych miastach są anonimowi?

We Wrocławiu mieszkałam 4 lata w tym na 2 zupełnie innych osiedlach. Pierwsze to typowe wieżowce z PRL-u, a drugie to nowe zamknięte osiedle. W pierwszym miejscu mieszkałam rok. Jako studentka traktowałam to mieszkanie jako etap przejściowy, nie przywiązywałam do niego wagi, nie poznawałam się z sąsiadami, mijałam ich jedynie na schodach, ale nigdy nie byłam pewna kto jest mieszkańcem, a kto nie. Na osiedlu było kilka dużych placów zabaw, ale moje okna na nie nie wychodziły. Czasami, gdy przechodziłam obok placów to widziałam na nich dzieci, ale nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć. Byłam typowym zaganianym mieszczuchem, który nie utożsamiał się z miejscem swojego zamieszkania. Moje życie pochłaniały studia, spotkania z chłopakiem, dorywcze prace, wolontariat – a to wszystko odbywało się poza osiedlem.

Sytuacja zmieniła się zupełnie, gdy zamieszkałam razem z moim chłopakiem na nowoczesnym osiedlu. Chociaż „osiedle” to za dużo powiedziane, bo składa się tylko z 1 3-klatkowego bloku. Mieszkanie od razu bardzo mi się spodobało, a to co najbardziej przykuło moją uwagę to duże tarasy dla wszystkich parterowych mieszkań. Tylko jedno mi się w nich nie podobało – nie były one niczym ogrodzone! Tarasy między sobą rozdzielały duże donice natomiast od przodu nie było żadnego ogrodzenia, zasłony, nic! Można było po prostu zejść na trawę i już było się w części wspólnej. To mnie przerażało, bo myślałam, że nie daje to żadnej prywatności. No i tak rzeczywiście jest, ale szybko okazało się, że to wcale nie wada, a ogromna zaleta. Gdyby nie otwarte tarasy nie poznałabym lepiej sąsiadów, nie plotkowałabym z kobietami na ławce, a dzieci być może mniej chętnie bawiłyby się ze sobą. Niby zamknięte osiedle z ogrodzeniem, bramą wjazdową, a jednocześnie każdy się znał. Nawet jeśli nie ze wszystkimi rozmawialiśmy to każdemu mówiliśmy choćby głupie „Dzień Dobry” z pełną świadomością, że to jest nasz sąsiad i to nawet wiemy, pod którym numerem mieszka.

Spotykam się ze stwierdzeniem, że dzisiaj to na podwórkach już tylko same zakazy i nakazy. Tego nie wolno, tego trzeba przestrzegać. A jak w praktyce? To malutkie osiedle z tak naprawdę niewielkim placem do zabawy (ciężko placem zabaw nazwać piaskownicę, huśtawki i sporo niezagospodarowanej przestrzeni), na którym były tabliczki z zakazem wyprowadzania psów i kotów. Tylko że kolejny raz przepis znów nierespektowany i nie słyszałam, żeby kogoś spotkała jakaś kara. Nasz kot biegał po całym osiedlu swobodnie, mały pies sąsiadów też (już nie mówiąc, że gdy zostawialiśmy otwarte drzwi tarasowe to wpadał do nas, ale nam to kompletnie nie przeszkadzało). Za to zakazu grillowania nie było i nie było też weekendu, żeby któryś z sąsiadów tego nie robił. Zasada (niepisana) była tylko jedna – zachowaj taką odległość od budynku, by dym nie wlatywał sąsiadom do domu. A wracając do tego lichego placu zabaw to chociaż deweloper się nie popisał w tym wypadku to mieszkańcy sami dbali jak mogli, by urozmaicić dzieciom zabawy. Ktoś kupił małą zjeżdżalnię i postawił ją na placu. Inni sąsiedzi zamontowali bramki do gry w piłkę nożną. Był też hamak na drzewie, a w piaskownicy zawsze można było znaleźć zabawki do piasku. Ktoś raz przyniósł i zostawił. Ktoś inny zostawił swój stary rowerek, z którego już wyrósł i inne dzieci jeździły.



Wiem, że obecnie osiedla są różne. Są te na których możemy liczyć na anonimowość i takie, gdzie czujemy się jedną społecznością. Kupując mieszkanie dalej możemy trafić do takich "rodzinnych" sympatycznych okolic, chociaż rzeczywiście czasami trzeba długo szukać. 

Teraz mieszkamy w domku i tu także ciągle słyszymy dziecięce głosy. Trochę na zasadzie: „Każdy bawi się u siebie”, ale też i widzę, że starsze dzieci zapraszają się do siebie do swoich ogrodów albo bawią się na ulicy (drogi są osiedlowe, więc samochody jeżdżą powoli). Życiem tętni też plac zabaw i boisko przy pobliskiej podstawówce.


Ala jest jeszcze mała, więc do świata technologii ją nie ciągnie (chyba że mama ma telefon w ręku). Wychodzenie z nią jest zatem łatwe, a co więcej - nie wychodzenie jest trudne (np. gdy pada deszcz), bo kiedy tylko Ala zobaczy na przedpokoju swoje buty to od razu je bierze, siada i czeka aż ją ubiorę i wyjdziemy.

Wierzę, że pokazywanie dziecku świata, spędzanie z nim dużo czasu na powietrzu od maleńkiego to klucz do późniejszych świadomych wyborów dziecka, że woli pójść pokopać prawdziwą a nie wirtualną piłkę.

A jeśli dzieci na podwórkach jest mniej to jaki jest tego powód?

Podzieliłam się już z Wami moimi doświadczeniami i pokazałam, że obecnie dzieci też się bawią na podwórkach. To nie są dziwne stwory zamknięte w domu z paczką czipsów i pilotem od TV w ręku. Jednak być może dzieci nie bawią się już na powietrzu tak dużo jak kiedyś. Z tym się zgodzę. Tylko czy to naprawdę oznacza coś złego? W końcu czasy się zmieniają, więc nie wszystko będzie wyglądać tak samo jak kiedyś. Dzieci nie bawią się na podwórku od rana do wieczora. Jakie moim zdaniem są tego powody:

  • Więcej zajęć dodatkowych – dzisiaj nie tylko rodzice pracują więcej, ale i dzieci mają mniej czasu na swobodną zabawę. Gdy ja byłam mała zajęć dla dzieci nie było wiele, albo może inaczej – nie były one aż tak popularne. Zwykle dzieci po prostu chodziły do szkoły na lekcje i jakieś dodatkowe kółka zainteresowań. I chociaż sama miałam krótką przygodę z unihokejem, chórem i ogniskiem plastycznym to mam wrażenie, że dzisiaj takich zajęć i dzieci w nich uczestniczących jest więcej. A i jedno dziecko zwykle nie chodzi tylko na angielski, ale do kompletu jest jeszcze balet i jazda konna. Jeśli myślicie, że dotyczy to tylko uczniów to się mylicie. Moja mała sąsiadka z Wrocławia będąc przedszkolakiem popołudniami chodziła na tańce. A sąsiad na piłkę nożną. Nic więc dziwnego w tym, że jeśli dzieci mają zorganizowane zajęcia to nie codziennie znajdą czas, by wyjść na osiedlowe podwórko.
  • Rodzice dłużej pracują, a wiele dzieci chodzi do żłobków i przedszkoli – kiedyś to było tak, że dzieci często na podwórkach były same. Dzisiaj pomimo że nowoczesne osiedla są ogrodzone to jednak dorośli wolą pilnować pociech (zwłaszcza tych młodszych), bo wiadomo – wiele się słyszy o różnych tragediach. A skoro wielu dorosłych pracuje do 17 to kiedy dzieci mają wychodzić na podwórka? Do południa na placach zabaw można spotkać dzieci z mamami na urlopach wychowawczych, z babciami czy opiekunkami. Jednak wiele dzieci chodzi do żłobków i przedszkoli, a ze szkolnych świetlic też są odbierani późnym popołudniem.
  • Dzieci mają dostarczane atrakcje nie tylko na podwórku – gdy w czasach mojego dzieciństwa przychodził weekend czy wakacje to wiadomo było, że to idealne chwile na zabawy na podwórku. A dzisiaj? Plac zabaw nie jest jedyną i największą frajdą dla dzieci. Rodzice chcą spędzać z pociechami czas, więc często weekendy to czas na wspólne krótkie lub dłuższe wycieczki lub odwiedziny u rodziny.
  • Rozwój technologii – telefony, komputer i telewizja też robią swoje. Skoro atrakcje w domu kuszą to i dzieci rzadziej wychodzą na podwórka, ale nie wierzę, że jest więcej dzieci, które wolą grę na komputerze niż budowanie fortecy w piaskownicy z kolegami, czy tworzenie bazy. 

I znów przewrotnie pokazałam Wam, że z tymi dziećmi wcale nie jest tak źle. I dzisiaj dzieci chętnie bawią się na podwórkach chociaż może nie tak często jak kiedyś. Czasy się po prostu zmieniają. Nie ma co porównywać do tego, co było kiedyś. Być może nasze dzieci za 20-40 lat też będą z nutką żalu wspominać swoje piękne dzieciństwo i zastanawiać się, dlaczego teraz dzieci już się tak nie bawią. Tak jak i kiedyś rzadziej jedliśmy w restauracjach, jedno auto na rodzinę było szczytem luksusu, a bez telefonu dało się funkcjonować tak dzisiaj jest to standardem. W miarę upływu lat zmienia się wszystko, ale czy naprawdę podwórka pustoszeją na taką skalę, że powinniśmy się tym martwić? Jakie są Wasze spostrzeżenia?



Jeśli chcesz być na bieżąco z moimi nowymi wpisami to zapraszam Cię do polubienia mnie na Facebook'u – klik lub do obserwowania konta na Instagramie – klik.  

You Might Also Like

24 komentarze

  1. Rozwój technologii, brak czasu rodziców..... to jest ten ból. No i strach o dzieci, bo ja nawet kiedy mama pracowała mogłam biegac po podwórku, teraz sama bym córki nie puściła, nawet mieszkając za miastem :(

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas na osiedlu się tym tak nie przejmują , dzieci latają same często pod opieką starszych kolegów, a matki patrzą tylko z okien. Ja chodzę z moim 2 latkiem i czasem mnie to przeraża bo przecież dookoła ulica

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie strach bierze jeszcze górę. Czasami mam problem też z tym, że każdy ma inne podejście do wychowywania dzieci - nawet gdy dzieci mają zostać z dziećmi znajomych. Tutaj zawsze pojawia się kwestia częstowania jedzeniem ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak niestety strach bierze górę, mimo że mieszkam na małym osiedlu gdzie dookoła pełno zieleni i wszyscy się znają

    OdpowiedzUsuń
  5. Podziwiam Twój optymizm w tym temacie, ale może udało ci się trafić na wyjątkowe miejsce.

    OdpowiedzUsuń
  6. Niestety statystyki są smutne, dzieci spędzają na dworze mniej czasu niż... więźniowie. Badanie zrobione co prawda w Wielkiej Brytanii, ale myślę, że w Polsce wyniki byłyby porównywalne. A jeszcze jeśli jest chłodno, albo zimno to już w ogóle.. siedzimy w domu :D Haha, oczywiście nie my, bo staramy się każdą wolną chwilę spędzać na świeżym powietrzu, a kiedy szukałam dla córki żłobka to to, czy mają ogródek i jak często wychodzą na dwór było jednym z moich priorytetów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj to mam jednak nadzieję, że statystyki u nas są lepsze. W końcu podobno jesteśmy w tyle za Zachodem ;p
      A odnośnie zimy to tu dużo zależy od przekonań rodziców. Wielu boi się, że lekki mróz już sprawi, że dziecko się rozchoruje.

      Usuń
  7. Nie znam życia na osiedlu, zawsze mieszkałam w domu jednorodzinnym, a miejsce spotkań z rówieśnikami to było przedszkole, szkoła. Tak samo będzie z moją córeczką, ogród do dyspozycji, ale bez innych dzieci, te będą w szkole. To fajnie że są osiedla gdzie dzieciaki mogą spędzać wspólnie czas. To bardzo ważne, rodzice powinni w tych czasach szczególnie dbać o kontakt z rówieśnikami.

    OdpowiedzUsuń
  8. Czytałam tamten wpis i, ponieważ jak autorka jestem dzieckiem lat ’80 to się w nim odnalazłam.
    To, co opisałaś chyba jest specyfiką mniejszych społeczności.
    Na moim osiedlu, a mieszkam w warszawskiej dzielnicy uchodzącej za prestiżową, trwa codzienna walka rodziców z właścicielami zwierząt i z osobami bezdzietnymi i bez zwierząt. Ktoś wypuszcza swoje koty samopas, a one sikają dzieciom do piaskownicy. Ktoś rozkłada na wewnętrznej drodze pożarowej trutkę w trawie i chorują psy, a rodzice dzieci bawiących się tam wpadają w panikę. To ludzie czynią dane miejsce a nie miejsce ludzi. Jeśli mieszkańcy wspólnie stworzą bezpieczną społeczność to śmiech dzieci będzie tam rozbrzmiewał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opisywałam m.in. Wrocław, więc to raczej duże miasto. Nie twierdzę, że opisywane przeze mnie osiedla przeważają, ale że też jest ich sporo.

      Usuń
  9. Ja miałam cudowne dzieciństwo, które spędziłam w blokowisku. Wspomnień jest cała masa. Pomimo tego, że w moich okolicach dzieci są widoczne jedynie w lecie - i to też niestety nie każdego dnia, (a dzieci w okolicach jest naprawdę ogrom!) to mi nie straszna żadna pogoda, by wychodzić ze swoją córką na dwór i spędzać czas na tysiące sposobów. I smuci mnie ogromnie to, że takich ludzi jak ja jest tylko garstka. Owszem, być może zajęcia dodatkowe i szkoła zabiera mnóstwo czasu, ale niestety telefony,, komputery i tablety pozostałą resztę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pamiętam te "zamierzchłe" czasy o których piszesz i uśmiecham się sama do siebie. Niestety z moich obserwacji wynika, że dzisiejsze podwórka nie tętnią już tak radośnie życiem jak 20 lat temu... z różnych względów. A szkoda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieciaki coraz mniej czasu spędzają na dworze! Elektronika wyparła ruch! Klaudia J

      Usuń
  11. Mnie denerwuja dzieci wolajace rodziców, ktorZy sa w domach. Krzycza co sil przez dlugi czas zamiast skorzystać z domofonu

    OdpowiedzUsuń
  12. Dzieci w obecnych czasach mają przede wszystkim mniej czasu, bo dorośli im bardzo organizują zajęcia... Ale u nas jest bardzo dużo dzieciaków i bawią się całe dnie.

    OdpowiedzUsuń
  13. Niestety dzisiejsze podwórka nie przypominają już tych, które ja pamiętam...

    OdpowiedzUsuń
  14. W mojej okolicy obecnie nie ma zbyt wielu dzieci, ale w domu rodzinnym na placu zabaw nigdy nie było pusto. Chyba wszystko zależy od wychowania i pokazania, że można inaczej aniżeli przy tablecie.

    OdpowiedzUsuń
  15. Jako dziecko lat 80-tych całe dnie spędzałam na placu zabaw na podwórku za moim blokiem. Teraz na tym samym podwórku nie ma już ani huśtawek, ławek czy piaskownicy, bo przesiadywali tam ponoć menele i mieszkańcy bloku przewalczyli usunięcie wszystkiego. Także dzieci nawet gdyby chciały, nie za bardzo mają co tam robić. Smutne to.

    OdpowiedzUsuń
  16. A ja pamiętam jak biegalismy sami, a mama krzyczała tylko z okna "obiad" :D

    #dominik

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja akurat mieszkam na wsi, ale nieopodal mojego domu jest duży plac zabaw. Latem przez większość dnia, w roku szkolnym popołudniami spotkać tam można dzieci w różnym wieku. Jest tłoczno i gwarano. A rodzice dowożą je z sąsiednich miejscowości.

    OdpowiedzUsuń
  18. Na moim byłym osiedlu gwaru niestety nie ma, pomimo ,że obok duża szkoła. czasami zastanawiam się, gdzie są i co robią dzieci.
    I czy w ogóle są.
    Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  19. #wlecieniesiedzimywdomu suuupeer akcja! ��

    OdpowiedzUsuń
  20. Niestety smutna prawda. Kiedy ja byłam dzieckiem całe dnie spędziłam na podwórku. Staram się jednak żeby moja córeczka jak najwięcej była na powietrzu i praktycznie co weekend wyjeżdżamy na działkę.

    OdpowiedzUsuń
  21. Myślę, że rodzice powinni przywiązywać więcej wagi do tego, by ich dzieci spędzały czas na dworze :) czasem moze nawet pommóc im zorganizowac ten czas :)

    OdpowiedzUsuń